Adam Grudziński

Gitary ·

Gitara, którą rodzice kupili siostrze

Prawie dwadzieścia lat grania: od Smoke on the Water i udawanej choroby, przez zespoły, śluby i Rockera, po Zaduszki Literackie, na które wracam każdego listopada.

Przejdź do tekstu

Pierwsza gitara, jaka pojawiła się u nas w domu, wcale nie była moja. Rodzice kupili siostrze zwykły klasyk z Lidla, ale ona szybko straciła nim zainteresowanie, a ja miałem piętnaście lat i nie potrafiłem go odłożyć. Od tamtej pory minęło prawie dwadzieścia lat.

Smoke on the Water zamiast szkoły

Zacząłem tak, jak zaczyna chyba każdy piętnastolatek uczący się sam: od Smoke on the Water.

Bywały dni, kiedy mówiłem mamie, że źle się czuję i do szkoły nie pójdę. Nic mi nie było. Chciałem po prostu zostać w domu i ćwiczyć, a po lekcjach i tak siedziałem przy gitarze w każdej wolnej chwili, próbując zagrać kolejną rzecz, która akurat wpadła mi w ucho. Z dzisiejszej perspektywy brzmi to absurdalnie, tyle że wtedy naprawdę trudno było mnie od niej oderwać.

Nikt mnie nie uczył, więc sporo rzeczy robiłem źle, a niektóre pewnie robię źle do dziś. Grałem mimo to.

Stratocaster za 250 złotych

Klasyk w końcu przestał mi wystarczać, więc po pół roku, na święta, kupiłem na Allegro nowego Stratocastera za mniej więcej 250 złotych. Nie był to Fender ani nawet szczególnie dobra gitara, bo jeden próg był wgnieciony i struna się w nim blokowała. Dało się na niej jednak prawie normalnie grać, a już na pewno czegoś nauczyć. No i była to w końcu gitara elektryczna: wyglądała jak te, na których grają ludzie na koncertach, a więcej wtedy nie potrzebowałem.

Na osiemnastkę dostałem trochę pieniędzy i mogłem przeznaczyć je na przykład na prawo jazdy. Kupiłem jednak za nie gitarę akustyczną i piecyk do gitary elektrycznej, a prawo jazdy zrobiłem ostatecznie dopiero siedem lat później. Trudno powiedzieć, czy żałuję. Może trochę, bo gdybym dziś stanął przed podobnym wyborem, kupiłbym po prostu samą gitarę, a piec bym sobie odpuścił, zwłaszcza że w parze z akustykiem nie miał wielkiego sensu.

Ani tamtego akustyka, ani pieca już zresztą nie mam. Kiedy zacząłem pracować, kupiłem sobie lepszy sprzęt, potem następny, i tak przez lata przewinęło się tych gitar sporo, prawie wszystkie z drugiej ręki. Dziś najczęściej sięgam po prostego Telecastera z pchlego targu, o którym piszę w osobnym wpisie.

Z pokoju na scenę

Przez pierwsze lata gitara była czymś tylko moim. Dopiero z czasem przekonałem się, że granie z innymi jest jeszcze ciekawsze.

Były zespoły i duety, próby, przeglądy kapel, festyny, a raz koncert dla WOŚP. Przez wiele lat grałem w kościołach, na ślubach i uroczystościach, a repertuar rozciągał się od rocka i muzyki rozrywkowej aż po standardy jazzowe. Jednemu z duetów, Duostrings, zrobiłem przy okazji stronę internetową.

Kilka razy grałem też „do kotleta” w Rockerze, dość znanej klubo-restauracji przy Partyzantów w Szczecinie, był koncert w domu kultury z okazji Dnia Kobiet, a czasem zdarza mi się zagrać nad morzem.

Adam z gitarą akustyczną na scenie w RockerzeAdam z gitarą elektryczną na koncercie w kościele
W Rockerze w Szczecinie i na koncercie w kościele.
Adam z czarną gitarą elektryczną przy perkusji
Z gitarą elektryczną, październik 2023.

W Niemczech wystąpiłem tylko raz, i to z zespołem, który zaczynał od zera. Trafiłem do grupy zupełnych nowicjuszy, pokazywałem im, jak bawić się muzyką, pomagałem dobrać utwory, a po pół roku regularnych prób mieliśmy wreszcie materiał, z którym dało się wyjść na scenę.

Jednej sceny ani ulubionego gatunku się więc nie dorobiłem. Wcale mi to nie przeszkadza.

Zaduszki

Jest jednak coś, do czego wracam co roku. W listopadzie gram na Zaduszkach Literackich, czyli w cyklu siedmiu, ośmiu koncertów w kościołach i domach kultury, gdzie każdy wieczór wygląda trochę inaczej, bo razem z miejscem zmienia się publiczność. Listopad to u mnie po prostu miesiąc Zaduszek.

Gram jak gram

Szkoły muzycznej nie kończyłem i zawodowym gitarzystą nie jestem, nie próbuję też nim zostać. Przez te lata zrozumiałem natomiast, co w graniu lubię najbardziej. To chwila, w której przestaję się zastanawiać, co właściwie powinienem zagrać.

Adam z gitarą akustyczną na schodach
Z akustykiem, 2017.

Na początku uczysz się gotowych schematów, czyli akordów, skal i zagrywek. Później zaczynasz rozumieć, dlaczego działają, aż w końcu bierzesz kilka znanych elementów, składasz je po swojemu i wychodzi coś, co może nie jest idealne, ale jest twoje. Przy budowaniu stron i aplikacji mam dokładnie tak samo.

Instrumentów mam dziś w domu więcej, niż potrzebuję. Obok gitar stoją klawisze, a nawet saksofon tenorowy, kupiony przez pomyłkę zamiast altowego, ale o nich piszę w osobnym wpisie.

Gitara jednak została. Raz gram koncert, raz ślub, w listopadzie kilka wieczorów z rzędu, a czasem po prostu siadam w domu z Telecasterem. Zdarza się, że moja lepsza połówka też ma ochotę posłuchać, i wtedy gram już nie tylko dla siebie, ale i dla niej. Sięgam wtedy po bardzo różne rzeczy, od Roxette, przez Stinga, po Annę Marię Jopek.

Gram jak gram. Ważne, że po prawie dwudziestu latach wciąż chce mi się po nią sięgać.

„Take Five”, jeden ze standardów jazzowych, w moim wykonaniu.