Planer Operacyjny zacząłem budować, bo potrzebowałem narzędzia, które mógłbym dopasowywać do własnej pracy. Zależało mi na tym, żeby samodzielnie decydować o funkcjach i układzie ekranu, a kolejne zmiany wprowadzać wtedy, gdy pojawia się konkretna potrzeba.
Program na miarę
Programy, z których korzystamy w pracy, mają swoje zadania i określony sposób działania. Ja potrzebowałem dodatkowego narzędzia do czynności, które wykonywałem na co dzień, z układem informacji dopasowanym do tego, jak z nich korzystam. Własny program dawał mi możliwość zajęcia się właśnie tymi szczegółami.
Mnie brakowało programu, który pasowałby do moich codziennych zadań tak dokładnie, jak bym chciał. W pewnym momencie uznałem, że zamiast dalej go szukać, spróbuję zbudować go sam.
Możliwość własnych zmian
Od początku chodziło mi przede wszystkim o swobodę. Chciałem mieć narzędzie, które mogę zmieniać we własnym zakresie: sam decydować, jakie ma funkcje i jak wygląda, a kiedy okazuje się, że czegoś nam brakuje, po prostu to dołożyć.
Nowa kolumna w tabeli czy inny układ kalendarza to drobiazgi, ale kiedy korzysta się z programu codziennie, mają znaczenie. Chciałem móc sprawdzić taki pomysł sam, bez angażowania działu IT w każdą poprawkę: zmienić układ, popracować na nim i zobaczyć, czy rzeczywiście jest wygodniej.
Najpierw patrzę, potem zmieniam
Z czasem wyrobiłem sobie stały sposób pracy, którego trzymam się do dziś. Zaczynam od obserwacji: przyglądam się, jak dana czynność wygląda naprawdę, krok po kroku i razem z wyjątkami, bo to one zwykle kosztują najwięcej czasu. Dopiero kiedy rozumiem cały proces, szukam rozwiązania, a spośród kilku możliwych wybieram najprostsze, które załatwia sprawę.
Dobrze to widać przy planowaniu wyjazdów. Wolna godzina w kalendarzu jeszcze nie oznacza, że można tam wstawić kolejne zlecenie. Trzeba uwzględnić, gdzie ekipa będzie wcześniej, dokąd ma potem dojechać i kiedy klient może ją przyjąć, bo dopiero te informacje razem pozwalają ocenić, czy termin ma sens. Takie zależności interesowały mnie bardziej niż sama liczba funkcji w programie.
Po wyborze rozwiązania sprawdzam, czy działa zgodnie z założeniami i czy rzeczywiście ułatwia daną czynność. Dopiero po testach przychodzi czas na wdrożenie, a później na obserwację, czy zmiana sprawdza się w użyciu. To kolejny etap tej samej pracy, bo sam fakt, że udało się dodać funkcję, jeszcze niewiele mówi o jej przydatności.
Od mapy do programu
Na początku, w lutym, była to właściwie sama mapa. Jedna poprawka pociągała jednak za sobą następną, bo kiedy coś zaczyna działać, od razu widać, co mogłoby stać obok. W kilka miesięcy z małego pomocnika zrobił się program z kalendarzem, listą ludzi i zleceń oraz doradcą, który sam szuka wolnego terminu u ekipy będącej akurat w okolicy.

Latem przygotowałem jego ogólną wersję, niezwiązaną z jedną firmą ani z jedną branżą, i tak powstał Planer Operacyjny w dzisiejszej postaci. Branżę wybiera się w ustawieniach, program mówi po polsku, angielsku i niemiecku, ekipa w terenie ma własny widok na telefonie, a protokół z wizyty razem ze zdjęciami powstaje od razu w przeglądarce. Doszedł też rejestr urządzeń u klientów, który sam przypomina o przeglądach i zakłada kolejne zlecenia.

Co z tego wyszło
Dziś Planer jest gotowy do pracy także u innych, a każdy, kto wysyła ludzi w teren, może go sprawdzić w demo bez logowania. Po drodze wyrosło z niego coś, czego zupełnie nie planowałem, czyli ćwiczenie dla studentów, ale to osobna historia, zwłaszcza że pomysł nie był mój.
Najważniejsze zostało jednak to samo co na początku. Wiem, po co jest każda funkcja, bo za każdą stoi konkretna potrzeba, którą najpierw zobaczyłem przy pracy, a dopiero potem przełożyłem na program. Jeśli w twojej firmie też jest coś, co od dawna prosi się o własne narzędzie, napisz do mnie.

