Czternastego czerwca przypada Światowy Dzień Krwiodawcy, więc to dobry moment, żeby wreszcie o tym napisać. Na co dzień nie ma w tym nic spektakularnego, bo to godzina raz na kilka tygodni, ale przez tyle lat uzbierało się sporo historii, a część z nich wydarzyła się po niemieckiej stronie granicy.
Cztery odznaki, cztery legitymacje
Z wszystkich wizyt zebrało się już ponad dwadzieścia litrów. W Polsce honorowi dawcy dostają odznaki stopniami, za kolejne oddane litry, a do każdej odznaki dołączona jest legitymacja. Uzbierały mi się więc cztery odznaki i cztery legitymacje, a ostatnią odznakę, „Zasłużony dla Zdrowia Narodu”, dostałem w 2025 roku. Wręczano ją na gali, na scenie razem z innymi dawcami.
Brzmi to poważnie, tylko że żadnego wyczynu w tym nie ma. Wystarczy wracać, kiedy minie przerwa między oddaniami, i nie odpuszczać przez kilkanaście lat. Resztę robi kalendarz.


Czekolady, masło orzechowe i zero złotych w aptece
Po oddaniu krwi dostaje się coś na regenerację. Najczęściej były to czekolady, ale zdarzało się też masło orzechowe, a kilka razy śniadanie.
Więcej daje sama legitymacja. Dzięki niej jeżdżę za darmo komunikacją miejską, do lekarza mogę wejść bez kolejki, a niektóre leki wydają mi w aptece bez dopłaty. Nie będę udawał, że to nic takiego, bo moment, w którym przy kasie w aptece płacę zero złotych, to naprawdę fajne uczucie.
Namówiłem sporo znajomych
Najbardziej cieszy mnie jednak co innego niż odznaki i czekolady. Przez te lata namawiałem do oddawania krwi przyjaciół i znajomych, a także siostrę i narzeczoną. Sporo osób dało się przekonać, w tym one dwie. Odznakę dostaję raz na kilka lat, a każda taka osoba to litry, których sam nigdy bym nie oddał.
Ankieta po niemiecku i kliniki uniwersyteckie
W Niemczech oddawałem krew w klinikach uniwersyteckich. Ankietę, którą wypełnia się przed oddaniem, dostawałem tam oczywiście po niemiecku, a pytań jest sporo i trzeba rozumieć każde, bo od odpowiedzi zależy, czy w ogóle zostanie się dopuszczonym do oddania.
Dwa razy oddałem tam krew „komercyjnie”. W Niemczech część punktów wypłaca dawcom niewielką rekompensatę i, jeśli dobrze pamiętam, dostałem wtedy około 25 euro. Zanim jednak do tego doszło, przeszedłem przez prawdziwy cyrk.
Milion dokumentów i „za słaby niemiecki”
Na początku rejestracja chciała ode mnie, krótko mówiąc, miliona dokumentów. Za drugim razem wymyślono jeszcze jeden, o którym wcześniej nikt nie wspominał, a potem uznano, że za słabo znam niemiecki.
Wtedy zeskanowałem wszystkie dokumenty, dołożyłem do nich certyfikat B2 z niemieckiego i przekazałem całość kierownictwu centrum krwiodawstwa. Nagle znalazł się dla mnie termin, a panie w rejestracji zaczęły mnie traktować zupełnie inaczej, tym razem z szacunkiem.
Jedyny taki raz
To jedyny przypadek w moim życiu, kiedy za granicą spotkałem się z nietolerancją i patrzeniem z góry, i to na tak wysokim szczeblu. Poza tym sprawy urzędowe w Niemczech wspominam raczej dobrze. Krew ostatecznie oddałem, tylko droga do fotela była tam dłuższa niż gdziekolwiek indziej.

