Adam Grudziński

Podróże ·

Dziesięć lat w Niemczech

Do Niemiec wyjechałem właściwie przy okazji wyjścia po bułki, a zostałem tam dziesięć lat, najdłużej w Halle. Niemieckiego nauczyłem się z życia, a nie z podręcznika, i to w otoczeniu ludzi z bardzo wielu krajów.

Przejdź do tekstu

Wyszedłem z domu po bułki, kiedy zadzwonił rekruter. Chłopaki, z którymi miałem jechać, już podjeżdżali, więc na spakowanie się dostałem godzinę. Czekała na mnie praca w Rossmannie, a ja kompletnie nie miałem pojęcia, dokąd jadę ani gdzie to miejsce w ogóle leży na mapie.

Trudny początek

Początki były dosyć trudne: ciężkie warunki, dość dziwne towarzystwo, a mniej więcej tydzień po przyjeździe musiałem jeszcze iść na leczenie kanałowe zęba. Tak wyglądał start czegoś, co miało potrwać dziesięć lat.

Zaczynałem w magazynie i przy kontroli jakości. Najdłużej zajmowałem się jednak obsadą zmian w zakładach produkcyjnych, czyli grafikami, rekrutacją, dojazdami i rozmowami z kierownikami oraz pracownikami. U jednego klienta chodziło o około 260 osób w siedmiu działach, a prawie każdy dzień szedł inaczej, niż zakładał plan.

Halle i Lipsk

Najdłużej, bo z przerwami prawie osiem lat, mieszkałem w Halle. Wspomnień mam stamtąd tyle, że trudno wybrać kilka: Dni Halle, imprezy, tandemy językowe, czyli spotkania, na których dwie osoby uczą się nawzajem swoich języków. Ludzi z różnych stron świata poznawałem zarówno w pracy, jak i po niej, a niemiecki był językiem, w którym rozmawialiśmy wszyscy, niezależnie od tego, skąd kto przyjechał.

Często wracam też wspomnieniami do leżącego tuż obok Lipska, gdzie poznałem mnóstwo ludzi w moim wieku. To zresztą miasto bardzo muzyczne, w którym działali Bach, Wagner i Mendelssohn. Z kolegą z Argentyny, którego poznałem właśnie w Lipsku, spotkałem się po latach jeszcze raz, już w Barcelonie, podczas podróży przez Malagę, Mediolan i Maltę.

Meppen, gdzie zadebiutował Maradona

Dobrze czułem się także w Meppen, niewielkim mieście przy granicy z Holandią. To właśnie tam 3 sierpnia 1982 roku Diego Maradona zadebiutował w barwach Barcelony w towarzyskim spotkaniu z miejscowym SV Meppen. Z Meppen miałem bliżej do Paryża niż do Szczecina, choć akurat do Paryża nie dotarłem do dziś. Byłem za to w Amsterdamie i w Brukseli.

Z Niemiec w drogę

Mieszkanie w środku Europy miało tę zaletę, że wszędzie było blisko, a wiele z tego, o czym piszę na tym blogu, zaczynało się właśnie tam. W maju 2022 roku przeszedłem na Mega Marschu w Monachium sto kilometrów w dobę, a miesiąc później, z biletem za 9 euro, objechałem pół kraju pociągami regionalnymi. Rok później były Koblencja, Bonn i Kolonia w dwa dni oraz koncert Rammsteina w Brukseli, a w styczniu 2024 roku z Düsseldorfu zaczęła się moja pierwsza samodzielna podróż przez kilka krajów.

Z Niemiec przywiozłem też Telecastera z pchlego targu, a krew oddawałem tam w klinikach uniwersyteckich, co, jak opisuję we wpisie o krwiodawstwie, wymagało w pewnym momencie wysłania do dyrekcji certyfikatu z języka. Szczególne miejsce mają u mnie jeszcze Rzym, Budapeszt i Praga, ale to już osobne historie.

Dlaczego wróciłem

Bezpośrednim powodem była oferta pracy w Pasewalku, niedaleko Szczecina, z której chciałem skorzystać. Uznałem też, że dziesięć lat to wystarczająco. Chciałem się ustatkować, kogoś poznać, a potem wziąć ślub i założyć rodzinę. Kogoś już poznałem, a ślub mamy zaplanowany na październik.